SZKOŁA NA WZGÓRZU
DARMOWY EBOOK

Pobierz darmowego ebooka z pięcioma rozdziałami powieści

Pobierz ebooka

Sprawdź czy kaszubskie miasteczko pochłonie Cię swoimi tajemnicami?

Czy młody nauczyciel zdoła rozwikłać zagadkę Szkoły na wzgórzu?

SZKOŁA NA WZGÓRZU
FRAGMENT

Pożegnałem się z kolegami i ruszyłem do pokoju nauczycielskiego. Niestety przejście pomiędzy halą sportową a głównym budynkiem o tej porze było już zamknięte na kłódkę. Musiałem wyjść z terenu hali, obejść szkołę i wejść do gmachu głównymi drzwiami. Tam również natrafiłem na opór.
Zapukałem w szybę. Chwilę później otworzył mi stróż.
– Dobry wieczór, mam dzisiaj spotkanie z rodzicem, zostało zgłoszone w sekretariacie.
Starszy mężczyzna przewertował zeszyt, a gdy znalazł notatkę, wpuścił mnie do środka. Nie był zdziwiony. Popołudniowe, a nawet wieczorne spotkania z rodzicami nie były rzadkością. Duża część mieszkańców Sławina pracowała w Trójmieście, a to oznaczało późne powroty do domu.
– Jak przyjdzie pani Libera, proszę powiedzieć, że czekam w pokoju nauczycielskim – poprosiłem i poszedłem na piętro. Właściwie mógłbym umówić się z kobietą poza szkołą, ale wtedy nie miałbym wglądu do dziennika, a rodzice zawsze chcą zapoznać się z najświeższymi osiągnięciami swoich pociech.
Specjalną kartą otworzyłem drzwi pokoju nauczycielskiego i włączyłem światło. Wydawało mi się, że w oddali słyszę dźwięk autoalarmu. Pewnie wiatr go uruchomił, pomyślałem i nastawiłem czajnik, by zrobić kawę. Usiadłem na swoim stałym miejscu przy oknie. To było dziwne uczucie obserwować pustkę i bezruch w zwykle gwarnym pomieszczeniu. Gdy po paru minutach zza drzwi doszły dźwięki kroków, odstawiłem gorący kubek i przysunąłem bliżej dziennik lekcyjny pierwszej B. Byłem pewien, że zaraz niedomknięte drzwi się otworzą i stanie w nich matka ucznia. Zamiast tego jarzeniowe lampy zasyczały i pomieszczenie zalał gęsty mrok. Wstałem.
– Halo, pani Libera, to pani? – zapytałem głośno. – Chyba nastąpiła jakaś awaria prądu, jestem w pokoju.
Cisza. Ciemność totalna. Zaciągnięte żaluzje izolowały pokój od nikłego blasku latarni świecących przed wejściem i w okolicach boiska.
– Jest tu kto? – rzuciłem w przestrzeń, nie doczekawszy się odpowiedzi na wcześniejsze pytanie.
Szedłem po omacku w kierunku wyjścia. Kilka razy obiłem się o krzesła i stoliki, ale w końcu osiągnąłem cel. Liczyłem na nieco więcej światła na korytarzu.
Coś przemknęło mi przed nosem. Mógłbym przysiąc, że wyczułem ruch. Cień, niewidoczna postać rozpływała się w czarnej niczym sadza przestrzeni. Poczułem niepokój.
– Kto tu jest? – spytałem niepewnie.
Usłyszałem coś jakby szurnięcie, przesunięcie stopy po powierzchni podłogi.
– Wiem, że ktoś tu jest.

Chce mnie zaatakować?

Nagle zdałem sobie sprawę, jakim jestem idiotą. Dałem się zwabić w miejsce, gdzie można mnie bez świadków załatwić. Niby był jeszcze stróż, o ile ten ktoś go wcześniej nie uciszył.
Usłyszałem z lewej strony kroki. Intruz przyspieszył. Cofnąłem się do pokoju. Chciałem zatrzasnąć drzwi i odseparować się od zagrożenia, ale w najmniej odpowiednim momencie potknąłem się i runąłem na podłogę.
Uciekaj! – wrzeszczał instynkt samozachowawczy. Zacząłem się czołgać. Kroki były coraz bliżej. Prześladowca wszedł do pokoju.
– Czego chcesz?! – zawołałem.
Natrafiłem na krzesło i opierając się o nie, wstałem. W tym samym momencie ze świstem coś przecięło powietrze przed moim nosem, po czym odczułem uderzenie ciałem napastnika, a następnie padł metaliczny zgrzyt w okolicach podłogi. Nie miałem wątpliwości, że ktoś zamachnął się na mnie.
Pewnie myślał, że nadal tam leżę. Choć nie widziałem narzędzia, przeczucie podpowiadało mi, że musiał to być nóż. Odepchnięty, przekoziołkowałem przez stolik. Wpadłem w panikę. Chwyciłem krzesło i rzuciłem nim przed siebie, mając nadzieję trafić w napastnika. Ten najwyraźniej zmienił taktykę, bowiem zastygł w bezruchu. Zapewne też nie widział zbyt wiele. Był z prawej? Lewej? Przede mną? Całkowicie straciłem orientację. Zacząłem się cofać. Wtedy nastąpił kolejny atak. Na szczęście prześladowca źle ocenił moją lokalizację i nóż zamiast w mój brzuch, wbił się w stojący obok stolik.
– Panie Cichy, jest pan tam?! – Na korytarzu rozległo się wołanie stróża. – Panie Cichy, idę do pana!
– Tak, jestem!!! – zawyłem najgłośniej, jak umiałem, i natychmiast zanurkowałem pod stolik, bo wyobraziłem sobie, jak ręka z nożem mknie w moją stronę. Gdy tylko zdołałem uspokoić się na tyle, by zaczerpnąć powietrza, ujrzałem zmierzającą ku mnie łunę światła.

Teraz zobaczy, gdzie jestem.

Napastnik jednak zaczął się wycofywać. Oddalające się kroki dobiegały z okolic drzwi, a później korytarza. Serce trzepotało mi w klatce piersiowej jak oszalałe. Wstałem z podłogi. Było mi słabo. Nim uzbrojony w latarkę stróż pojawił się w pokoju nauczycielskim, zdałem sobie sprawę, że tylko jeden mały kroczek dzielił mnie od śmierci.

Baner na stronę internetową reklamujący sklep Chemia Mózgu

Przewijanie do góry